Dołącz do czytelników
Brak wyników

To wiedzieć powinniśmy

23 czerwca 2018

NR 42 (Styczeń 2018)

Edukacja w Polsce a w USA
czyli o możliwościach rozwoju oczami młodego technika dentystycznego

0 127

Swoją przygodę ze stomatologią rozpoczęłam już we wczesnym okresie dziecięcym, kiedy to po dość groźnym wypadku, mając 1,5 roku, trafiłam do gabinetu dr. Marcina Aluchny. Małe, zapłakane dziecko, z ogromnym bólem, przerażeni rodzice z perspektywą, że ich jedyna córeczka może nigdy nie mieć stałych górnych siekaczy, oraz opanowany, młody pan doktor z wizją, któremu z natury bardziej zależy na uzębieniu pacjenta niż samemu pacjentowi. 

Nazywam się Agata Stankiewicz-Buraczyńska. Dziś mam 25 lat, komplet stałych, zdrowych zębów i bagaż doświadczeń, które dzięki ludziom, których w życiu spotkałam, mogę zaliczyć do tych pozytywnych. Jak można się domyślić – jestem technikiem dentystycznym.

Lata 2011–2014 były czasem zdobywania tytułu zawodowego na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, kierunek techniki dentystyczne. Trzyletni program, ludzie z całej Polski, różne historie, różne powody, z których los rzucił nas do tej samej grupy studenckiej. Wśród moich kolegów byli ludzie, dla których techniki były przymusowym przystankiem pomiędzy maturą a karierą stomatologa bądź lekarza. Miałam także koleżankę, która przyszła do nas, mając już tytuł zawodowy ze studium policealnego, lecz zmiana przepisów wymusiła na niej konieczność ukończenia studiów na uczelni wyższej. Kasia, bo tak miała właśnie na imię, była dla nas wszystkich od początku pewnego rodzaju „ostatnią deską ratunku’’. Jako starsza, już doświadczona koleżanka z praktyką w zawodzie, chętnie nam pomagała na zajęciach praktycznych czy też podpowiadała, gdzie szukać pomocy naukowych.

Często rozmawialiśmy między sobą w grupie na temat różnic między kształceniem w szkołach policealnych, a tym jak to wygląda u nas – na WUM. Z naszych obserwacji i wymiany poglądów wynikało, że uczelnie wyższe kładą bardzo duży nacisk na wiedzę teoretyczną, szczegółowo omawia się anatomię, fizjologię narządu żucia, proces całego leczenia poprzez wywiad lekarski aż do finalnego oddania pracy. W szkołach zawodowych ten aspekt nauki jest może w połowie tak rozwinięty jak na uczelniach wyższych. Bardzo ważne jest, aby technicy mieli solidne podstawy z anatomii i fizjologii, ponieważ pozwala to poprawnie wykonywać uzupełnienia protetyczne i komunikować się z dentystami. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z zajęciami praktycznymi. Zarówno na pierwszym, drugim, jak i trzecim roku mieliśmy tylko 10 godzin ćwiczeń z protetyki i 5 godzin ćwiczeń z techniki ortodontycznej tygodniowo, podczas gdy w szkołach policealnych ma się tych ćwiczeń co najmniej dwa razy więcej, a nie oszukujmy się, w naszym zawodzie jest to wyjątkowo ważne. Omawiając kształcenie w Polsce, nie można również nie wspomnieć o „wyrabianiu ECTS-ów’’, czyli punktów dydaktycznych pomagających ocenić postęp czy stopień rozwoju każdego ze studentów. W praktyce wygląda to tak, że do programu nauczania dodaje się przedmioty typu filozofia, socjologia, prawo pracy itp., aby student miał w swojej karcie wystarczającą liczbę punktów, które są kartą przetargową do wykształcenia wyższego – przynajmniej tak jest w przypadku technik dentystycznych. Nie mam oczywiście nic przeciwko tym przedmiotom, lecz z pewnością można by je było odbyć w postaci szkoleń lub dodatkowych wykładów, a przysługujące im godziny wykorzystać dodatkowo w laboratorium. Od pierwszego kontaktu z uzupełnieniami stałymi wiedziałam, że swoją przyszłość chcę związać z ceramiką i uzupełnieniami estetycznymi. Jednak nie miałam szans w szkole na rozwinięcie swoich zainteresowań. Czułam czasem na zajęciach, że coś jest chyba nie tak, że nie tędy droga, ale bywało, że słyszałam odpowiedzi typu: „Nie interesuj się za bardzo”, „Tego nigdzie się tak nie da zrobić”. Na szczęście istnieje jeszcze coś takiego jak „obowiązkowe praktyki zawodowe’’ po pierwszym i drugim roku nauki.

Z polecenia dr. Aluchny po pierwszym roku studiów trafiłam na praktyki do jednego z najlepszych w Warszawie laboratorium techniki dentystycznej – Ceramist Ryo. Właścicielem i zarazem głównym ceramistą jest tam pan Ryo Miwa. Technik dentystyczny, z pochodzenia Japończyk, który dał mi szansę i wprowadził mnie do zupełnie innego, ze szkoły mi nieznanego świata. To dzięki niemu zaczęłam dostrzegać, jak wiele jeszcze nie wiem, a jak dużo można wiedzieć i potrafić. Miałam szansę uczestniczyć w pierwszej edycji organizowanego przez niego kongresu „Ceramists No Limits”. Wykłady i wykładowcy, m.in. Naoki Hayashi, Jungo Endo czy Joshua Polansky, których było mi dane tam usłyszeć, otworzyli mi oczy na prawdziwy świat stomatologii estetycznej, świat, w którym nie ma granic. Wiedziałam, że też chcę to robić, wiedziałam, że jakoś musi się dać to robić też u nas, że za wszelką cenę muszę się dostać do tego świata.

Ale jakie miałam opcje? 

Jako osoba po studiach, która teoretycznie ma pełne prawo wykonywania samodzielnie zawodu, poza teorią nie wiedziałam nic. Nie da się ukryć, że sprawa wygląda u wszystkich studentów tak samo. Trzeba nam doświadczenia, kontaktu z pacjentem, prawdziwymi przypadkami. Zaczęłam mocno analizować swoją sytuację, moje umiejętności i aspiracje. Brałam pod uwagę różne możliwości. Pierwszą opcją było podjęcie studiów II stopnia z techniki dentystycznej. Takie studia można było odbyć w Łodzi, Poznaniu oraz w Warszawie, lecz nie bezpośrednio z techniki dentystycznej, a z inżynierii materiałowej. Inżynieria materiałowa – w sumie dobrze, tym bardziej, że zawsze lubiłam fizykę i matematykę, jednak w jaki sposób przybliżyłoby mnie to do postawionego sobie celu? Co mi daje tytuł magistra? Z moich przemyśleń wynikało, że niewiele, a tylko opóźni rozwój moich zdolności manualnych. Wiedziałam, że muszę dużo ćwiczyć. Poprosiłam pana Ryo o możliwość dalszego stażu w jego laboratorium – chciałam ćwiczyć, obserwować i uczyć się. Czasami rozmawialiśmy o moich planach, o tym, czego chcę od życia. Zasugerował, abym w miarę możliwości jeździła na jak największą liczbę szkoleń, kursów, co też starałam się czynić. Jednak szkolenia nie są wystarczającą formą edukacji dla kogoś bez doświadczenia, kto jeszcze nie wie, jak z tego szkolenia skorzystać, nie wie, o co pytać, czasami nie wie, czego właściwie to szkolenie dotyczy. Widząc moje starania, pan Ryo wspomniał o dwóch szkołach, które jego zdaniem są najlepszym kierunkiem dla mnie. Jedną z nich była Shigeo Kataoka Morphology School w Osace w Japonii, drugą opcją był program Master Dental Ceramist na UCLA w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ wiedziałam, że w szkole w Osace nie mówi się po angielsku (choć podobno nie trzeba mówić, tylko słuchać), na tamtą chwilę lekko mnie przeraziła perspektywa braku możliwości komunikacji. Z moimi zdolnościami językowymi było „średnio”, ale zadałam sobie pytanie: „Dobra, Agata. Uczysz się japońskiego czy jakoś przebrniesz przez ten angielski?”. Tak drogą eliminacji zapadła decyzja o podjęciu dwuletnich studiów podyplomowych w UCLA School of Esthetic Dentistry na programie Master Dental Ceramist pod dyrekcją dr. Edwarda A. McLarena.

Lata 2015–2017 to z pewnością dwa najbardziej wyczerpujące, najbardziej intensywne w całej mojej karierze ucznia. Drugi koniec świata, zupełnie nowe otoczenie, miks kulturowy, strach przed nieznanym. Na szczęście w tej całej szalonej eskapadzie po wiedzę nie opuścił mnie mój mąż Michał, który dzielnie znosił moje załamania, złości i tęsknoty za domem. Dwuletni program podyplomowy, ludzie z całego świata, różne historie, lecz już te same powody, z jakich znaleźliśmy się wszyscy w tym miejscu. Potrzeba samorozwoju, poszukiwanie odpowiedzi, każde z nas doskonale wiedziało, czego oczekujemy od tego kierunku. Warunkiem przyjęcia był oczywiście międzynarodowy egzamin językowy bądź co najmniej dwa lata w szkole anglojęzycznej, dyplom zawodowy, przynajmniej dwuletni staż pracy, rozmowa kwalifikacyjna i pozytywny wynik z praktycznego egzaminu wstępnego. 

Czym ten program wyróżnia się spośród wszystkich innych programów w naszej branży?

Jego wyjątkowość polega na tym, że jeden rok składa się z ceramistów i dentystów, którzy uczą się wspólnie, mają te same zajęcia, spędzają wspólnie czas, uczą się rozwiązywać wspólnie problemy. W tygodniu mieliśmy tylko jeden dzień wykładowy, resztę dni spędzaliśmy obowiązkowo w laboratorium lub w klinice. Od początku mieliśmy wpajane, że do sukcesu potrzebne są obie strony, że jedni bez drugich nie istnieją. Technicy widzieli i mogli się zmierzyć z problemami i trudnościami strony dentystycznej, dentyści stawali na głowie i płakali pod...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • Roczną prenumeratę dwumiesięcznika Forum Stomatologii Praktycznej
  • Nielimitowany dostęp do całego archiwum czasopisma
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy