Dołącz do czytelników
Brak wyników

Kreastomatologia

3 lutego 2019

NR 47 (Listopad 2018)

Zwierzenia, wynurzenia i przesłuchania cz. 3

188

 

Dwaj mężczyźni siedzieli w jasnym i przestronnym hotelowym barze. Gość na wysokim barowym stołku właśnie skończył opowiadać i łysy barman patrzył na niego w ogromnym zdziwieniu.
– I Pan… – zaczął Bartek. Doktor mu przerwał:
– Skończmy z tym per pan. Maciek jestem – przedstawił się i wyciągnął rękę.
– Bartek. – Uścisnął dłoń. – Czyli mam rozumieć, że dałeś mu w pysk i tak po prostu bez słówka wyszedłeś? Z własnego domu? – spytał, napełniając kieliszek rozmówcy.
– Dokładnie.
– I nie uznałeś za stosowne… no, czy ja wiem? – udawał, że się namyśla. – Wywalić go za fraki z domu?! Albo przynajmniej obić, ale tak solidnie?
– Jakoś wtedy nie miałem do tego głowy – przyznał ze wzruszeniem ramion.
Bartek potrząsnął głową.
– Zupełnie cię nie rozumiem, stary – stwierdził i pociągnął solidny łyk ze swojej szklanki.
– A ty możesz pić w pracy? – zdziwił się Maciek.
Bartek spojrzał z zaskoczeniem na
szklankę, z której pił. Odstawił ją na bar i lekceważąco machnął ręką.
– Aj, ja tylko testuje. Chyba, że ci to przeszkadza?
– Skąd! – zapewnił odrobinę zbyt gorliwie Maciek. – Tylko nie chciałem, żebyś przeze mnie miał kłopoty.
– Nie będę miał najmniejszych problemów – uspokoił go Bartek. – Stary, nie martw się na zapas. Tylko opowiadaj dalej! – ponaglił i nachylił się do Maćka. 
– Nie przerywa się w takim momencie! – dodał.
Doktor uśmiechnął się i z chęcią ciągnął dalej swoje zwierzenia.
Opowiedział o swoim zwykłym dniu w pracy w gabinecie i jego niezwykłym i jakże nieoczekiwanym zakończeniu.
Maciek zakręcił bursztynowym płynem w kieliszku i zafascynowany obserwował, jak pięknie wiruje płynne złoto.
– Na czym to ja skończyłem? – zapytał zamyślony.
Opierający się o bar Bartek czekał w napięciu na dalszy ciąg opowieści.
– Na unieruchomieniu nieprzytomnego skurczybyka, który usiłował cię zaciukać i przyjeździe stróżów prawa – przypomniał przejęty.
– Ach tak, już pamiętam – przyznał Maciek i pociągnął solidny łyk Araratu. – To nasi wspaniali oficerowie przyjechali w asyście antyterrorystów, którzy mimo że nie stawiałem żadnego oporu, najpierw bardzo uprzejmie powalili mnie na glebę i skuli, a dopiero potem wysłuchali wyjaśnień. Poczekaliśmy na karetkę, głównie dla psychopatycznego mordercy. 

Na mnie sanitariusze ledwie rzucili okiem. Ze skutymi kajdankami rękami siedziałem na krawężniku, popijałem lurowatą kawę, chyba najgorszą, jaką w życiu piłem, rozmawiając z dwoma policjantami. Wierz mi, wątpliwa przyjemność. A potem, jak już załadowali tego gościa do karetki, funkcjonariusze wsadzili mnie do radiowozu i przewieźli na komendę, gdzie przesłuchiwało mnie chyba z pół tuzina policjantów.

*  *  *  

Każdemu z przesłuchujących mnie policjantów mówiłem dokładnie to samo, a oni i tak maglowali mnie dalej. W kółko padały te same durne pytania. Kim jestem? Imię, nazwisko, pesel. Zawód. Dentysta, hę? Te, Franek, nie uwierzysz, to jest dentysta! Stom- co? Stomatolog? Przecież mówię, że dentysta! Jak nie to samo? Przecież, że to samo! Niech się pan przestanie tak pultać i lepiej powie, po co zmasakrował pan tak tego biednego chłopaka?
Mdłe światło w pokoju przesłuchań padało na zmęczoną, bladą i wymizerowaną twarz siedzącego na prostym krześle Maćka. Podkreślało tylko mocniej ciemne cienie pod oczami i zazwyczaj drobne zmarszczki, które po tych strasznych wydarzeniach, których był świadkiem i współuczestnikiem, znacząco się pogłębiły. Tarmosił już i tak rozczochrane, wygniecione w ptasie gniazdo, czarne, mocniej przyprószone siwizną 
włosy.
– Ile razy mam to jeszcze powtarzać? – zapytał zmęczonym tonem. – To ON mnie zaatakował.
– Używając? – padło beznamiętne pytanie z ust pochylonego nad dokumentami funkcjonariusza. Policjant miał co najwyżej trzydziestkę na karku i nienaganny wygląd. 
Brązowe włosy związane na karku w krótką kitkę. Przeglądał bez zainteresowania leżące przed nim papiery – zdjęcia i raporty.
– Strzykawki – przyznał Maciek.
– Bez igły – zauważył policjant, wpatrując się w zdjęcie wykonane na miejscu zbrodni przez techników. Strzykawka z zasuniętą nasadką i numerkiem „5” w rogu.
– Z igłą! Tyle, że zabezpieczoną! – jęknął zrezygnowany doktor. Powtarzał to chyba już po raz setny. – To nowa na rynku strzykawka. Dostałem ją od przedstawiciela firmy do przetestowania. Mechanizm odblokowujący działa na tej samej zasadzie jak zamek czterotaktowy w karabinie samopowtarzalnym.
Przesłuchujący go policjant, trzeci z kolei tej nocy, podniósł głowę i po raz pierwszy zerknął na doktora, chwilę milczał, po czym spokojnie zapytał:
– Widział pan kiedyś karabin? Ma pan pozwolenie na broń?
– Co? – spytał zbity z tropu Maciek i wlepił smutny wzrok zaczerwienionych oczu w policjanta.
Śledczy skrzywił usta, podniósł się z krzesła i wystawił głowę za drzwi.
– Irek! – zawołał.
– Co?! – padła odpowiedź po drugiej stronie w formie wkurzonego warknięcia.
– Chono tu na chwilę!
Policjant – elegancik wrócił na swoje miejsce naprzeciwko skołowanego doktora. Po paru minutach drzwi otwarły się z hukiem i do środka wparował olbrzym. Miał chyba przeszło metr dziewięćdziesiąt wzrostu i Maciek musiał zadrzeć głowę, aby spojrzeć mu w twarz i brązowe tęczówki. Czarne, ścięte na jeża włosy i króciutki, ciemny zarost.
– Czego Emil? – warknął nowo przybyły.
– Czy karabin można przyrównać do igły?
– Oczadziałeś?! Jasne, że nie. Czegoś się
najarał?
– Ja? Jeszcze niczego – obruszył się urażony Emil i oskarżycielsko wycelował swój wypielęgnowany palec w Maćka. – Ten tu mi wciska jakiś kit o strzykawkach z taktem i igłach z zamkami.
– Nie, nie! To wszystko nie tak! – jęknął Maciek, rwąc sobie włosy z głowy.
– I teraz jeszcze się wypiera! – krzyknął Emil i obrażony skrzyżował ramiona na piersi, przez co stworzył zagniecenia na swoim równo wyprasowanym mundurze.
– Obsługa strzykawki to odpowiednia sekwencja ruchów: obrót, przesunąć do tyłu, do przodu i znów obrót, zupełnie jak w zamku czterotaktowym z karabinu! I nie ja tak twierdzę tylko pan Sławek! To jego słowa! Wystarczy, że do niego zadzwonicie! On wszystko wam wyjaśni!
Krzaczaste brwi Irka zjeżyły się, a potem zjechały, spotykając na środku czoła. 
Patrzył z politowaniem na zmaltretowanego Maćka.
– Co ty pieprzysz?! Jak potłuczony! – stwierdził Irek i z braku krzesła przysiadł na brzegu stołu z parującym kubkiem w dłoni.
Zrozpaczony Maciek ukrył twarz w dłoniach. Był obolały i potwornie zmęczony. „Mam już powyżej uszu tych wszystkich durnych pytań i nie zdzierżę kolejnej godziny przesłuchania! Nie wytrzymam już nawet minuty tego cyrku!” – pomyślał ze łzami w oczach.
– Emil, co ty tu właściwie masz? – zapytał Irek bez entuzjazmu, równocześnie nie spuszczając Maćka z oka.
– Jak na razie to ciężko ustalić. Stary Zenek mnie wrobił w to przesłuchanie – wyznał elegancik, a Irek się roześmiał.
– I teraz słucham wynurzeń jakiegoś nawalonego zębotłuka – poskarżył się. 
Maciek gwałtownie poderwał głowę, a zwykle spokojne oczy zapłonęły z wściekłości.
– Wypraszam sobie! – warknął wkurzony. – Jestem stomatologiem! Z tytułem doktora nauk medycznych i drugim stopniem specjalizacji…
– Doktorku, wyluzuj – przerwał mu Irek. – Tutaj ta twoja specka i doktorat niewiele dadzą. Wobec prawa wszyscy są równi – poinformował, wziął łyk kawy, skrzywił się i zaklął pod nosem. – Co za szajs! Bez cukru nie przejdzie – stwierdził i z impetem odstawił kubek na stół, prawie rozlewając kawę na papiery Emila. Irek miał się zbierać do wyjścia, gdy zamarł. Spojrzał na Maćka, przyglądał mu się dłuższą chwilę, przechylając głowę. Z braku kofeiny trybiki w mózgu olbrzyma kręciły się bardzo leniwie i fakty powoli zaczęły łączyć się w jedną, dość klarowną i logiczną całość.
– Zaraz – mruknął Irek i wycelował palec w trzęsącego się ze złości doktora. – To ciebie przywieźli razem z tym młodym w kapturze, który wygląda jakby pociąg po nim przejechał? Tym, co siedzi jak trusia i się nie odzywa, ani mru mru?
– Dalej nic? – spytał zaciekawiony Emil.
– Nawet nie pisnął. Ani słowa. Ani jak się nazywa, ani skąd jest, ani kto go tak urządził. No słowem nic! Pary z gęby nie chce puścić. Katatonia czy szok, czy huk wie co! W każdym bądź razie nie pogadasz z nim. Lipa nie przesłuchanie! A bez zeznań… – Irek załamał ręce. Przeniósł spojrzenie z kolegi na przesłuchiwanego. Oczy olbrzyma zabłysły.
– Ty, a może doktorek nam pomoże?
– Irek… – odezwał się ostrzegawczo Emil.
– No weź! Posłuchaj tylko! Może on coś z niego wyciągnie? Bo na razie to nasz podejrzany, ofiara losu, milczy jak zaklęty.
– Co ty właściwie chcesz zrobić? – spytał Emil, mierząc olbrzyma zaciekawionym wzrokiem i ostentacyjnie splatając smukłe palce.
Irek uśmiechnął się, patrząc na zrezygnowaną minę wykończonego Maćka.
– Skoro zawiodła metoda „dobry i zły glina”…

 

*  *  *  

Drzwi do sali przesłuchań otwarły się z przeraźliwym, raniącym uszy skrzypieniem zawiasów. Maciek wszedł do środka za nadkomisarzem Irkiem. Światło zapulsowało, jakby przepalała się żarówka. Jednak w ostatniej chwili się rozmyśliła i złośliwie paliła dalej zimnym, obrzydliwym, mdłym światłem, rzucając cienie na twarz siedzącej na krześle zgarbionej sylwetki młodego chłopaka. „Wygląda okropnie” – pomyślał Maciek, lustrując go uważnym spojrzeniem. Krótkie, potargane i brudne włosy, poharatana twarz i wielki, nadal puchnący w oczach siniec mniej więcej na wysokości lewej kości policzkowej. Młodzieniec wyglądał jak nieruchomy eksponat z „sądówki”, ilustrujący modelowe pobicie, z wzrokiem wbitym w środek czarnego blatu, niewielkiego stołu, równocześnie tak nieobecny i bez wyrazu, że równie dobrze spokojnie mógł należeć do trupa.
– A ty dalej się nie ruszasz – skomentował policjant, z głośnym szuraniem odsuwając krzesło. Bezceremonialnie popchnął na nie Maćka. Młodzieniec nawet nie drgnął".
– Przyprowadziłem ci towarzystwo. Może zmienisz zdanie i się odezwiesz. Bawcie się grzecznie – rzucił przez ramię rozbawiony Irek na odchodne, po czym wyszedł, nie omieszkawszy trzasnąć ciężkimi drzwiami.

Rozległo się kaszlnięcie. Mikołaj po chwili podniósł głowę i apatycznie spojrzał na zajęte naprzeciwko miejsce. Na cichego przesłuchującego. Gdy ujrzał Maćka, ze zdumienia otworzył szeroko oczy i cały podskoczył na krześle – na tyle, 
na ile pozwalało mu na to przykucie kajdankami. Z przerażeniem malującym się na zmasakrowanej twarzy próbował zerwać się z miejsca, ale jedynie bezskutecznie szarpał.
Maciek z kamienną miną przyglądał się tym próbom, choć w środku cały aż się trząsł. Ze złości i strachu. Zmęczenia i przerażenia. W uszach dalej dźwięczały mu słowa, wypowiedziane parę minut wcześniej przez nieprzyjemnego olbrzyma: „To mamy umowę! Ty zdobędziesz jego przyznanie się do winy, a ja oczyszczę cię z zarzutów. Podoba ci się ten układ, doktorku? Czy następne piętnaście lat masz ochotę spędzić w pierdlu? Za kratkami bez ciekawych widoków na przyszłość? Słyszałem, że brakuje im tam dentystów”.

Do rzeczywistości przywrócił Maćka dźwięk powtarzających się stuknięć metalu o metal, który odbijał się echem po małym i prawie pustym pomieszczeniu. Mikołaj dalej bezsensownie szamotał się z krępującymi kajdankami, przy okazji obcierając sobie nadgarstki do krwi.
– Opanuj się – rozkazał Maciek.
Mikołaj zamarł na moment, by zaraz ponownie szarpnąć – tym razem z całej siły. Zataczając się, przewrócił na krzesło, na którym zaległ, i sądząc po wyrazie twarzy, z chęcią by się w nie zapadł i zniknął z oczu niedoszłej ofiary i przerażającego kata w jednej osobie.
– Nic ci to nie da, a tylko sobie zrobisz krzywdę – zauważył sucho Maciek.
Mikołaj przestał się bezcelowo wyrywać, znieruchomiał i patrząc w oczy doktora, zapytał zachrypniętym głosem:
– A co cię to obchodzi?
„No właśnie co? Co cię to obchodzi?” – Maciek spytał samego siebie.Zastanowił się nad odpowiedzią.
– Właściwie to nic – przyznał powoli, 
rozważając i starannie dobierając każde słowo. Wzruszył ramionami i potrząsnął głową. – Masz rację. Nic mnie to nie obchodzi. Jak masz ochotę, to szarp się dalej do woli. Mnie to nie powinno nic obchodzić, że w końcu rozharatasz sobie nadgarstki i będziesz tu broczyć krwią. W końcu chciałeś mnie zamordować z zimną krwią.
Mikołaj spuścił wzrok na krwawiące rany, a Maciek nie wytrzymał i roztrząsał dalej:
– Co ty tak właściwie do mnie masz? Co?! Czemu chciałeś mnie zabić?! Przecież do dziś nawet się nie znaliśmy! Co ja c...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • Roczną prenumeratę dwumiesięcznika Forum Stomatologii Praktycznej
  • Nielimitowany dostęp do całego archiwum czasopisma
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy