Dołącz do czytelników
Brak wyników

PLAGIAT

artykuły | 1 lutego 2019 | NR 46
147

Bartek machinalnie polerował szklankę. Westchnął. „Takich dni nie znoszę najbardziej” – pomyślał. Odstawił pustą szklankę na bar i wzrokiem smutnego basseta omiótł wyludnioną salę. „Ani jednego klienta. A ja stoję sam za barem jak ten ćwok i nawet nie mam do kogo gęby otworzyć. W dodatku nie mam nic do roboty”. Westchnął ponownie. Liczył na to, że Pan Pokój 362 przyjdzie wczoraj i zwierzy z tego, co mu leży na wątrobie. Ale nie! Zapłacił z góry za trzy doby i nawet nie raczył zjawić się na noc. „Jeszcze tylko brakuje, żeby coś mu się stało albo, co gorsze, sam sobie coś zrobił…” Bartek pokręcił głową i odwrócił tyłem do drzwi wejściowych. „O czym ty myślisz, idioto?!” – zrugał się w myślach. „No, weekendowy psychoterapeuto od siedmiu boleści, znajdź sobie jakieś konstruktywne zajęcie!”. Jego wzrok padł na szafkę pod zlewem. Sprzątaniem zajmowały się sprzątaczki, a on jako barman powinien zajmować się przygotowywaniem drinków, a nie jakimiś porządkami i ścieraniem kurzów.

Uklęknął i zajrzał do środka. Sądząc po grubej puchatej warstwie, na której leżały małe, szare i urocze kurzowe kotki, nikt tam nie zaglądał od dawna. Bartek dmuchnął i zaraz tego pożałował, bo tuman kurzu uderzył go w twarz. Rozkaszlał się i odgonił ręką szary obłok. „To nie był najmądrzejszy z twoich pomysłów” – doszedł do wniosku i przeklął się w myślach za swoją głupotę. Gdy oczy przestały trochę łzawić, zobaczył zapomniane szklanki i pełną butelkę. „Ciekawe” – pomyślał, równocześnie sięgając po zapomniane obiekty.

Zabrzęczał dzwoneczek jak z recepcji, znajdujący się na barze tuż koło kasy.
Bartek poderwał głowę i uderzył potylicą w kant zlewu.
– Uhh – jęknął, zmełł cisnące się na usta przekleństwo i złapał za bolące miejsce. Zerknął na palce. Na szczęście bez śladów krwi. Rozmasowując obolałą łysą czaszkę, chwiejnie podniósł się z klęczek.
– Dzień dobry. Czym mogę służyć? – wyrecytował zwyczajową formułkę.
– „Dobry” to chyba nie jest idealne słowo na opisanie tego dnia zarówno w moim, jak i pana przypadku – odpowiedział spokojnie męski głos. Zadziwiająco znajomy. Bartek zamarł i spojrzał na stojącego przy barze mężczyznę. Barman otworzył szeroko oczy i ze zdziwienia opadła mu żuchwa, przez co mało elegancko rozdziawił gębę.
– N-nie spodziewałem się… — wydukał w końcu.
– A tak szczerze, to ja nie do końca planowałem, że tu przyjdę – przyznał ze wzruszeniem ramion, a przez jego twarz przebiegł grymas bólu wywołany przez ten nieznaczny ruch. 
– Pierwsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy.
– Proszę się nie obrazić, ale… wygląda pan znacznie gorzej niż przedwczoraj – skomentował Bartek. Maciek zareagował na tę uwagę wybuchem mało wesołego śmiechu.
– I czuję się równie okropnie! – podsumował.
Bartek zlustrował uważnym spojrzeniem Pana Pokój 362. Jeszcze bardziej wygnieciony strój niż podczas poprzedniego spotkania. Liczne drobne skaleczenia na twarzy i spuchnięta, pęknięta dolna warga.
– Ale pan sobie tego… nie zrobił sam?
– Skąd! To dłuuuga historia.
– A ja mam mnóstwo czasu. – Rozłożył szerokie ramiona, jakby chciał objąć pustą salę. – Ani jednego klienta i nic lepszego do roboty.
– Szczerze mówiąc, to liczyłem na taką odpowiedź.
– Idealnie się złożyło! – ucieszył się barman i wyciągnął butelkę z szafki. Zdmuchnął kurz. Przetarł szmatką, aż zalśniły złote litery i postawił nienapoczętą butelkę Araratu na barze. Maćkowi błysnęły oczy.
– Słono mnie będzie kosztować to wyżalenie się przy barze.
– Ależ skąd! – zapewnił barman, odkręcając butelkę. – Dla stałych klientów mam specjalną zniżkę. Poza tym w pakiecie wychodzi taniej – zażartował.
– Jakim pakiecie? – zapytał odrobinę podejrzliwie Pan Pokój 362.
– Dwie doby – dwie butelki. Łączy się z promocją: zwierzenie za szklankę – wyjaśnił. – A to w ramach degustacji – skwitował, stawiając pełny kieliszek przed Maćkiem. Doktor się uśmiechnął.
– W takim razie to chyba powinienem zacząć od początku i wyjaśnić, z jakiego powodu wynająłem przedwczoraj pokój, bo inaczej reszta opowieści nie będzie miała sensu.
Bartek oparł podbródek na dłoni i z zainteresowaniem lekko przechylił głowę. Uwielbiał tę część swojej pracy, a właściwie to obu, bo zarówno w pracy barmana, jak i psychoterapeuty najważniejsza jest umiejętność słuchania, a czego jak czego, ale tego Bartkowi nie można było odmówić.
– Zamieniam się w słuch.
Maciek skosztował Araratu. Westchnął.
– Wszystko zaczęło się przedwczoraj dość niepozornie. Normalny dzień. Jestem stomatologiem i nauczycielem akademickim. Prowadziłem ostatnie zajęcia z moją grupą w tym tygodniu.

 

*  *  *

„Plagiat”

Drugi semestr przed przerwą wiosenną. Uczelnia medyczna, Zakład Stomatologii Zachowawczej. Poranne zajęcia kliniczne studentów V roku.

Z pracowni radiowizjografii wyszli: para studentów, obydwoje około dwudziestu czterech lat, w granatowo-białych lekarskich mundurkach, starsza pacjentka z zawstydzeniem zasłaniająca otwarte usta chusteczką i lekarz w wieku czterdziestu lat o aparycji młodego Świętego Mikołaja. Doktor Maciek miał okrągłą twarz, czarne włosy i brodę przyprószone śnieżną siwizną, dobrotliwy uśmiech i okulary połówki.

Student zamknął z trzaskiem ciężkie, wzmocnione ołowiem drzwi, docisnął stopą i z chrzęstem przekręcił klucz.
– Świetnie. Materiał w kanale jest homogenny – stwierdził doktor Maciek. – To teraz odcinacie ćwieki, dokondensujcie pionowo, ColorFlow na ujście, Ketac i puszczacie pacjentkę – poinstruował, gdy przechodzili krótkim korytarzykiem, wracając na hałaśliwą salę kliniczną. Gdy tylko przekroczyli próg, ich uszy zaatakowały natarczywie świdrujące odgłosy pracujących turbin, mikrosilników i tnących wierteł. Wtórowały im pikające lampy polimeryzacyjne sygnalizujące koniec naświetlania oraz przypominające stąpanie bagiennego potwora ssąco-cmokające dźwięki ssaków i ślinociągów. Duża sala kliniczna była poprzedzielana przepierzeniami na pięć mniejszych boksów. W każdym znajdowały się po cztery półwiekowe unity – fotele stomatologiczne – stanowiące stanowiska pracy studentów, fotele, które już dawno powinny się znaleźć pod czułą opieką konserwatora zabytków.
– Dziękujemy, doktorze — zwrócił się do swojego nauczyciela Łukasz, z szacunkiem schylając głowę. – Mam jeszcze na koniec pokazywać? – upewnił się.
Maciek przymknął oko i lekko przecząco pokręcił głową.
– Chyba nie muszę zerkać, prawda? — odpowiedział pytaniem. W domyśle znaczyło to, że ufa im i wierzy w ich zdolności. „W końcu pracujemy razem od początku roku. Zdolna młodzież. I za rok, po stażu, to już będą lekarze” – pomyślał z dumą.
Siedząca przy fotelu obok Wiola, pełniąca dziś funkcję operatora, podniosła rękę przyobleczoną w różową rękawiczkę, trzymającą lusterko stomatologiczne, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi.
– Doktorze! Mogę poprosić? – zawołała głosem stłumionym przez maseczkę i przyłbicę. Widać było tylko jej wesołe niebieskie oczy. Maciek położył rękę na ramieniu siadającego właśnie Łukasza.
– Przepraszam – powiedział doktor z przepraszającym uśmiechem, podszedł do drugiej pary studentów, których pracę nadzorował.
– Wypełnienie dostosowane i wypolerowane. Pacjentowi nie przeszkadza – zrelacjonowała Wiola, szybko wyrzucając z siebie słowa, i podała lusterko. Maciek wziął je do ręki i zajrzał do jamy ustnej pacjenta, oceniając wypełnienie w zębie 16. Ujrzał piękne, książkowe punkty kontaktu zaznaczone niebieską i czerwoną kalką.
– No i pięknie – skomentował, odkładając lusterko na tackę z tym charakterystycznym brzdękiem metalu uderzającego o metal. – I do czego ja tu wam jestem potrzebny? – zapytał półżartem, wywołując tym stwierdzeniem konsternację wśród studentów. – Idealne kontakty – pochwalił spiętą Wiolę, która nerwowo wyłamywała sobie palce. – Zwalniacie pacjenta – polecił Maciek, odchodząc. – A i opłata – dodał, przystając.
– Pięćdziesiąt złotych – weszła mu w słowo Hania, podnosząc wypisany kwitek. Maciek z uznaniem kiwnął głową. „Pamiętają o wszystkim” – pomyślał zadowolony.
– To tylko potem do mnie karty do podbicia – przypomniał głośno, aby usłyszeli go wszyscy studenci. Maciek odwrócił się, podszedł do okna, oparł się na łokciach o chłodny kamienny parapet, wyjął komórkę z kieszeni kitla i wybrał numer do żony. Czekając na połączenie, bezmyślnie patrzył za okno, nie dostrzegając nijakiego, dobrze mu znanego widoku zapuszczonej ulicy nieopodal starówki i leniwie po niej sunących samochodów.
– Słucham – rozległ się po drugiej stronie linii miły kobiecy głos.
– Cześć, kochanie – przywitał się Maciek, którego usta rozciągnęły się w uśmiechu od razu, gdy tylko ją usłyszał. Obrócił się tyłem do okna i oparł plecami o parapet.
– Och! Cześć skarbie — odpowiedziała Baśka z wyraźnie słyszalnym skrępowaniem, które jednak umknęło uwadze obserwującego pracę studentów Maćka.
– Pamiętasz, że dziś wieczorem wychodzimy do teatru? – zaświergotał szczęśliwy mąż.
– Tak, kochanie, pamiętam – odparła Baśka. Maciek usłyszał w tle stukot i niewyraźny męski głos.
– Ktoś przyszedł? – spytał zdziwiony Maciek, marszcząc brwi.
– Zapomniałeś, że miał przyjść hydraulik? – odpowiedziała Baśka drżącym głosem
– Do zmywarki – dodała.
– A tak. Zapomniałem – przyznał Maciek i uśmiech powrócił na jego twarz.
– Przyjadę po gabinecie i zjemy razem obiad – obiecał. – Kocham cię, Baśka.
– Ja… – na linii rozległ się trzask. –
Ja ciebie też — dokończyła niewyraźnie, zniekształconym głosem i się rozłączyła.
Chwilę później Maciek pożegnał się ze swoimi studentami i wesoło pogwizdując pod nosem odłożył do koszyczka podbite – podstemplowane swoją pieczątką, wypisane przez podopiecznych karty pacjentów. Miał już zrzucić fartuch po ćwiczeniach i wyjść z Zakładu, gdy na korytarzyku zawołała go pani Ewa, sekretarka. Szczupła, wysoka kobieta koło trzydziestu pięciu lat ubrana w zwiewną szarą sukienkę przypominałaby zjawę, gdyby nie ufarbowane na rudo krótkie, natapirowane włosy.
– Doktorze, pani profesor chce pana widzieć – poinformowała. Zaskoczony Maciek zatrzymał się w pół kroku, zawrócił i posłusznie podążył do sekretariatu za eteryczną postacią pani Ewy.
„Już zdążyła przeczytać? Przecież tekst wysłałem wczoraj wieczorem. Czy nawet nie zajrzała, ale zmieniła zdanie i od razu muszę nanieść jakieś jej poprawki?” – zastanawiał się Maciek. Doskonale pamiętał poprzednie wezwanie ze dwa tygodnie temu i opieprz, jaki wtedy zebrał. Agata powiedziała, że jeśli nie chce być zdegradowany ze stanowiska adiunkta, to musi więcej publikować. Minimum jeden artykuł co miesiąc do wakacji. Kierowniczka zagroziła, że inaczej go wyrzuci. Maciek przyznał wtedy, że rzeczywiście zaniedbał w ostatnim czasie pisanie artykułów, ale tylko ze względu na liczbę dodatkowych zajęć, w tym zastępstw na ćwiczeniach ze studentami. Agata niechętnie i jakby wbrew sobie przyznała, że bardzo dużo zrobił w tym roku dla Zakładu. Słowa pochwały z trudem przeszły jej przez gardło. Kierowniczka dodała, że jest najlepiej ocenianym pracownikiem w ankiecie studenckiej, zaraz po pani Bożence, pielęgniarce ze sterylizacji, która tak właściwie znalazła się na liście pracowników do oceny jedynie przez błąd informatyków, bo nie prowadzi żadnych zajęć ze studentami.
Dlatego też mając to wszystko w pamięci, Maciek zatrzymał się przed drzwiami do gabinetu kierowniczki, odetchnął i dopiero po chwili zastukał. Usłyszał zaproszenie i wszedł do środka. Przywitał się głośno, a widząc marsową minę Agaty, westchnął w duchu. Dobrze wiedział, że szykuje się czepianie o wszystko. Nawet o postawioną w niewłaściwym miejscu kropkę albo zawieruszony przecinek. Wejście Maćka w fartuchu do małego zagraconego gabinetu, który bardziej przypominał magazyn biblioteczny niż pokój kierownika, zakłóciło spokój tego miejsca pachnącego tak prozaicznymi, przyziemnymi zapachami, jak mocno palona kawa i świeża farba z drukarki – wniósł na białym, roboczym lekarskim kitlu charakterystyczny ostry zapach gabinetu stomatologicznego: kamfenolu, eugenolu, cresophenu. Agata machnęła niecierpliwie ręką w ramach powitania i wskazała Maćkowi miejsce po drugiej stronie biurka. Siadając w fotelu, zauważył trzymany przez nią plik kartek. „Czyli jednak przeczytała” – stwierdził w myślach, z trudem kryjąc zaskoczenie, bo zwykle na opinię kierowniczki na temat artykułu czekało się co najmniej tydzień.
– Może wyjaśnisz mi, jak to się stało? – spytała bez zbędnych wstępów, mrużąc oczy. „Znowu zapomniała okularów” – przemknęło przez głowę profilaktycznie milczącego Maćka. Świadomego, że niewłaściwa odpowiedź spowoduje wybuch. Czekał, nie zamierzając wystawiać się na niepotrzebny atak. – Że mam dwa identyczne teksty? – dokończyła ciszej, a widząc niezrozumienie na twarzy podwładnego, wyjaśniła:...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • Roczną prenumeratę dwumiesięcznika Forum Stomatologii Praktycznej
  • Nielimitowany dostęp do całego archiwum czasopisma
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy