Dołącz do czytelników
Brak wyników

Kreastomatologia

1 lutego 2019

NR 45 (Lipiec 2018)

Nieposłuszna igła

0 117

Maciek spędził całe popołudnie i większą część wieczoru w samochodzie, jeżdżąc bez celu po mieście. Cieszył się, że ma wymówkę, aby nie odbierać telefonu, który dzwonił praktycznie bez przerwy odkąd odjechał sprzed domu. Noc zapadła niepostrzeżenie i stanowczo za szybko. Ulice rozświetlały latarnie, barwiąc miasto obrzydliwym, mdłym pomarańczowym światłem. Gdy Maciek niemal nie wjechał w tył mercedesa stojącego na światłach, zrozumiał, że nie może spędzić za kółkiem całej nocy. Przejeżdżał obok kliniki, w której jutro miał przyjmować, gdy spojrzenie przyciągnął jasno świecący napis naprzeciwko HOTEL.

W sumie zdarzało mi się tam chodzić na lunch w przerwie w pracy… – pomyślał Maciek, szybko wykluczając pozostałe opcje, takie jak: powrót do domu, czy spanie w samochodzie. Zmęczony doktor zaparkował swoje Volvo na parkingu. Idąc chodnikiem do wejścia, wpadł na młodego chłopaka o pospolitej urodzie i zgodnie z nowoczesną modą – kapturem na głowie. Obaj wymruczeli niewyraźne przeprosiny pro forma, a potem każdy poszedł w swoją stronę. Maciek nie zrobił nawet dwóch kroków, gdy poczuł jak zawibrowała mu kieszeń – przyszedł kolejny SMS. Wyciągnął komórkę.
– Powiadomienie o zapełnieniu poczty głosowej – odczytał i odblokował telefon. Na ekranie wyświetliła się długa lista nieprzeczytanych SMS-ów i nieodebranych połączeń. Oczywiście kontakt na pierwszym miejscu podpisany był BAŚKA, a reszta… była już Maćkowi obojętna. Palec doktora zawisł nad wyborem połączenia. Miał już wcisnąć zieloną słuchawkę i oddzwonić, gdy przed oczami powrócił obraz Baśki całującej się z Tomkiem. Dłoń z telefonem zadrżała. Palce zacisnęły, aż zbielały kostki. Nie mogę… pomyślał i całkiem wyłączył telefon. Mignęło logo producenta i ekran wygasł. Zapanowała ciemność. Stał pod jedyną latarnią uliczną z wypaloną żarówką. Maciek przez chwilę delektował się mrokiem. Taką przyjemną pustką nieskładającą żadnych fałszywych obietnic. Łapczywie nabrał chłodnego jesiennego powietrza, jakby zaraz miał się udusić. Potrzebował oddechu niczym tonący, który zanurza się coraz głębiej w lodowatej, ciemnej kipieli. Lecz zamiast wody zalewały go piętrzące się problemy i kłopoty, a ratunku nie widać. Zawiał listopadowy wiatr, który z łatwością przeniknął przez marynarkę i skórę zaatakowały zimne igiełki. Maciek zadrżał i ruszył chodnikiem do, jak miał nadzieję, małej ostoi spokoju na dzisiejszą noc.
Wszedł do jasnej, przestronnej i gustownie urządzonej w beżowo-brązowych barwach hotelowej recepcji. Zza biurka powitała go miła i uśmiechnięta blondynka w czarno-białym uniformie. Recepcjonistka szybko i profesjonalnie załatwiła formalności związane z wynajęciem pokoju. Kobieta nie dała po sobie poznać zmieszania na wieść, że Maciek nie ma bagażu. Z profesjonalnym uśmiechem szkoły hotelarskiej, zwanym „klient ma zawsze rację”, wydała kartę do pokoju, poinformowała, że doba kończy się o dziesiątej i jakby chciał przedłużyć pobyt, to powinien ten zamiar zgłosić obsłudze do ósmej. Na koniec życzyła przyjemnego pobytu. Maciek uprzejmie podziękował i skierował się do znajdującego się tuż obok otwartego hotelowego baru.

Podchodząc do wysokich stołków, przyjrzał się wyeksponowanym na ścianie trunkom. Piękne butelki o finezyjnych kształtach miały tylko jedno zadanie – skusić klientów i zadanie to spełniały idealnie. Jego wzrok padł na butelkę o kształcie odwróconej podkowy wypełnionej bursztynowym płynem, na etykiecie na tle gór z wielkich złotych liter układał się napis ARARAT.
Może być… pomyślał Maciek. Zalała go fala nostalgicznych wspomnień o wycieczce do Armenii z czasów studenckich, na którą pojechał z Baśką. Tych długich ciepłych nocy…
Maciek otrząsnął się i zamówił całą butelkę do pokoju.

Wysoki i łysy barman o aparycji wykidajły zlustrował klienta spojrzeniem od stóp do głów. Doktor wyglądał jak kupka nieszczęścia. Strój w lekkim nieładzie, przekrzywiony, poluzowany krawat, odgięty kołnierzyk marynarki tylko odrobinę mniej wygniecionej po długiej jeździe niż spodnie. A to, że stojący przy barze mężczyzna koło czterdziestki był stomatologiem zdradził przypięty do klapy marynarki srebrny ząbek z eskulapem. Blada, lekko poszarzała twarz zmaltretowanego psychicznie Maćka wraz z załamanym i zagubionym spojrzeniem zaczerwienionych oczu zdradzała barmanowi wszystko.
Stary wyjadacz potrafił rozpoznać „dobrego klienta” takiego jak Maciek, czyli
zdradzonego albo porzuconego przez żonę kochającego męża.
Barman zaproponował danie dnia szefa kuchni dodając, że wołowina będzie się znakomicie komponować z wcześniej wybranym dwudziestoletnim Araratem, Nairi. Maciek machnął ręką i stwierdził, że zdaje się na jego wybór. Zaznaczył tylko, by wszystko dostarczono do pokoju. Maciek miał już odejść od baru, gdy zatrzymał go głos barmana.
– Na pewno nie uda mi się pana namówić na zaczekanie na ciepłe danie przy barze? – zapytał uprzejmie mężczyzna, w tym samym czasie napełniając kieliszek wersją limitowaną Araratu, zdecydowanie droższą niż wybrana wcześniej, stojąca już na ladzie butelka nienapoczętego Nairi.
 – Wołowina jest najlepsza bezpośrednio po przyrządzeniu, a niestety, mimo wszelkich starań, podczas przejazdu do pokoju zdąży odrobinę ostygnąć…– wyjaśnił, stawiając koniakówkę 
przed Maćkiem, który pytająco uniósł brew.
– Na mój koszt – poinformował barman z tajemniczym uśmiechem.
Maciek ujął przyjemnie letni kieliszek, przysunął pod nos i pozwolił ogarnąć się przez cudowny, zniewalający aromat bursztynowego płynu z nutą czekolady i pieczonego chleba, połączonych harmonijnie z delikatną wonią cytrusów. Skosztował. Ararat rozpłynął się w ustach, na języku poczuł ten dobrze znany miękki, przyjemnie słodki specyficzny smak ormiańskiej brandy z lekkim posmakiem mahoniu, tym razem uzupełniony długim finiszem z nutą mokki.
Delektując się, przymknął oczy i lekko się uśmiechnął. Z doktora wyraźnie powoli uchodziło napięcie.
– Opowiedzenie o swoich problemach, wyżalenie na zły los przy barze zazwyczaj pomaga – zauważył cicho barman łagodnym tonem psychoterapeuty.
Maciek otworzył oczy i utkwił zaciekawione spojrzenie w wielkoludzie. Po chwili przemówił, unosząc kieliszek.
– Dziękuję. Będę to mieć na uwadze jednak… dzisiaj nie skorzystam. 
Barman nie naciskał, tylko lekko ze zrozumieniem schylił łysą czaszkę.
– Wszystko dostarczymy do pańskiego pokoju – obiecał.
Maciek kiwnął głową z wdzięcznością, życzył barmanowi dobrej nocy i udał do windy. Jadąc na górę, rozmyślał o przewrotności losu, o tym, że wszyscy, na których mu zależało zdradzili go. Ukochana żona, najbliższy i – jak mu się mylnie wydawało – najwierniejszy przyjaciel, a jednak obcy ludzie dalej potrafią być bezinteresownie życzliwi…

 

*  *  *

 

Następnego dnia rano Maciek doprowadził się do porządku. I zrobił to, co każdy szanujący się pracoholik po stracie jednej pracy mógł zrobić, czyli rzucił się w wir pozostałych zajęć. Przeszedł na drugą stronę ulicy i punktualnie o ósmej rano otworzył swój prywatny gabinet. Pani Monika, asystentka, wpadła 10 minut później z rozwianą burzą czarnych loków, zaraz po tym, jak odwiozła synka do podstawówki i w tempie błyskawicy przygotowała stanowisko do pracy.
Pacjenci przychodzili punktualnie na swoje wizyty i wszystko działało jak zwykle. Jakby nic się w życiu Maćka nie zmieniło. Ten stan rzeczy, to złudne wrażenie stabilności bardzo doktorowi odpowiadało. Wszystko zaczęło się komplikować po południu.

 

*  *  *

 

Przez okno wpadają ciepłe, jasne promienie popołudniowego słońca, rozlewając się po biurku, leżącym na nim otwartym kalendarzu z zapisami pacjentów i nagrzewając czarną klawiaturę komputera. Rozbłyski na monitorze utrudniają odczytanie elektronicznej dokumentacji. Przez natarczywy, wysoki ton pracującej turbiny i monotonny szum wentylatora chłodzącego procesor przebija się męski głos radiowego speakera.
– Wiadomość z ostatniej chwili! – krzyczy, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, przez jaki hałas musi się przebić jego głos, a może tylko chciał przyciągnąć uwagę zabieganych 
radiosłuchaczy.
– Znaleziono zwłoki pięćdziesięcioletniego dentysty w jego własnym gabinecie w ścisłym centrum stolicy! Tego dramatycznego odkrycia dokonała asystentka stomatologiczna, przychodząc jak co rano do pracy! To ona wezwała policję i pogotowie! Niestety na pomoc medyczną było już za późno. Nie polecamy spacerów ulicą Wspólną ze względu na dziki tłum gapiów. Poza policyjną taśmą nic ciekawego nie widać. Jak na razie nikt nie ma ochoty zabierać głosu w sprawie. Milczą władze Warszawy. Organy ścigania odmawiają komentarzy w sprawie tego morderstwa. Zresztą – jak i trzech poprzednich, które miały miejsce w ostatnim czasie. Czyżby w stolicy grasował seryjny morderca, a władze
nie chcą poinformować obywateli o tej sprawie? Prosimy o zachowanie czujności w szczególności wszystkich dentystów! Już wkrótce może się okazać, że nie będziemy mieli u kogo leczyć zębów – żartuje speaker. Próbuje rozładować napiętą atmosferę.
– Pani Moniko, proszę podać mi te Soflexy – upomina się Maciek, zagłuszając dalszą przemowę radiowego speakera. Doktor siedzi pochylony nad pacjentką i nakłada kolejną warstwę materiału kompozytowego. Asystentka stojąca przy otwartej szufladzie z wolna obraca się wyrwana z odrętwienia. Monika nieświadomie prawie przytknęła dłoń w rękawiczce do ust.
– Panie doktorze! – mówi roztrzęsiona – słyszał pan? W Warszawie grasuje seryjny morderca!
– Znowu jakieś farmazony – Maciek mruczy pod nosem całkowicie skupiony na modelowaniu kompozytowych licówek. Monika podaje Soflexy, siada na swoim stołku i powraca do asystowania.
– Ależ doktorze! Pan się nie przejmuje? – Monika jak zwykle nie daje za wygraną i drąży temat dalej – Wszystkie morderstwa miały miejsce w bezpośredniej okolicy i…
Maciek jej przerywa.
 – Pani Moniko, zostawmy te bzd… – Maciek gryzie się w język w ostatniej chwili i zmienia zdanie. – Policja na pewno ma wszystko pod kontrolą. Są na tropie tego psychopaty i zaraz go złapią i dlatego niczego nie komentują – tłumaczy Maciek.
Monika uspokaja się.
– Tak. Tak. Na pewno ma pan rację, panie doktorze – odpowiada asystentka. Sięga po ssak, lecz zanim jej palce go dotknęły rozbrzmiewają wysokie uciążliwe tony dzwonka telefonu komórkowego. Kieszeń fartucha pani Moniki wibruje. Asystentka zamiera, niepewnie zerka na komórkę. Maciek nawet się nie ogląda, zmieniając wiertło na kątnicy i proponuje:
– Proszę odebrać. Sam sobie poradzę.
– Dziękuję – odpowiada z wdzięcznością. Monika jednym ruchem zrywa rękawiczki, czemu towarzyszy gumowe plaśnięcie. Odbiera telefon i podchodzi do okna. Stoi odwrócona plecami do unitu i pracującego Maćka. Biały fartuch podkreślał zgrabną figurę kobiety, na której plecach puszyły się niesforne, czarne loki. Doktor pozostawał całkowicie obojętny na wdzięki swojej asystentki. Maciek dostosował kształt i wypolerował kompozytowe licówki zanim Monika skończyła rozmowę.
– Doktorze, te nowe strzykawki do
znieczuleń są niesamowite – komentuje Monika, wracając na swoje stanowisko i zakłada nowe rękawiczki. Zerka na leżącą na asystorze strzykawkę zbliżoną wyglądem do zwyklej karpuli, jednak z tą różnicą, że igłę zamiast plastikowej nasadki zabezpiecza naciągnięty kapturek z części, która zwykle osłania ampułkę. [zdjęcie strzykawki]
– Mhm— potwierdza doktor – Firma dała nam do przetestowania przed wypuszczeniem na rynek. Ten ich system przeciw zakłuciom… Bardzo mądrze to wymyślili.
– Aaagghahha – odzywa się pacjentka.
– A tak, pani Helenko, i ukłucie jest delikatniejsze niż przy zwykłej karpuli – podchwycił doktor – Choć przedstawiciel martwił się, że może być trudne do użycia przez zwykłych dentystów – zauważa kąśliwie. Maciek nienawidził terminu dentysta, który rymował się z sadysta i od zawsze kojarzył się tylko z jakimś zębotłukiem o niższym stopniu wyedukowania niż stomatolog. Znienawidzony termin „dentysta”. To brzmiało jak rzemieślnik przyuczony do zawodu w trybie zaocznym, co jego zdaniem uwłaczało godności lekarza. Skończył studia jako stomatolog i tak chciał być tytułowany. – Bo jak mówił pan Sławek, użycie trochę przypomina przeładowanie w karabinach powtarzalnych – wyjaśnia – Zamek czterotaktowy: obrót, przesunąć do tyłu, do przodu i znów obrót.
– Ooo czterotaktowy to jak walc. Też się liczy na cztery – wtrąca pani Monika rozmarzonym tonem.
Maciek tylko wzdycha i nie komentuje.
– I jeszcze tylko muśnięcie… – mruczy Maciek, nadając połysk filcowym krążkiem.
– I voilà – stwierdza zadowolony. – Można wypluć i przepłukać – informuje panią Helenkę, a pani Monika podsuwa pacjentce lusterko. Zachwycona pacjentka długo dziękuje. Wreszcie opuszcza gabinet. Doktor żegna się z nią w progu.
– Tak, tak pani He...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • Roczną prenumeratę dwumiesięcznika Forum Stomatologii Praktycznej
  • Nielimitowany dostęp do całego archiwum czasopisma
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy